Chamar-Daban - Bajkał - Olchon

Beata Jankowska

Magda, Maryla, Lucyna, Zosia, Beata, Maciej, Michał, Rafał i Zibi - to właśnie my byliśmy tymi "twardzielami", którzy mieli "zdobyć" okiński rozłam tektoniczny. Dolina Wulkanów, Pik Topografów, Munku Sasan, Munku Sardyk, a potem już tylko przedzieranie się bagnistą doliną rzeki "strzały" - Tissy, by na koniec walczyć w jej lodowatym bystrym nurcie, w korycie o szerokości 60 metrów. Czekały nas pięknie i niezapomniane chwile. Deszcze, ziąb, śniegi, komary, meszki i kleszcze na potęgę.

Tego roku zima na Syberii była szczególnie sroga i śnieżna. Wczesnym latem, w czerwcu, rzeki Syberii Zachodniej zaczęły występować z brzegów na skutek topnienia śniegów w ich dolnym biegu. Kra zmiotła z powierzchni ziemi całe wsie, zalane zostały miasta, zniszczeniu uległy setki domostw i dróg, tysiące ludzi zostało bez dachu nad głową. Najbardziej ucierpiała Jakucja. W lipcu okazało się, że i "nasz" rejon, a przede wszystkim "nasza" droga do Orlika (skąd mieliśmy ruszać w góry) są zagrożone.

Już na miejscu w Irkucku dowiedzieliśmy się, że kontakt z Orlikiem jest nikły. Droga rozmyta i przerwana, żadna machina, nawet sdjełano w SSSR, tego nie przejedzie. Zdecydowaliśmy się na plan awaryjny. W taki właśnie sposób los rzucił nas w CHAMAR-DABAN.

Chamar-Daban, góry o dość egzotycznej, bo buriackiej nazwie (język buriacki tworzy północne odgałęzienie wschodniej grupy języków mongolskich), otaczają prawie całe południowe Przybajkale, rozciągają się od Selengi po grzbiet Munku Sardyka. Góry mają zdecydowanie charakter alpejski. Długość ich to 420 km, szerokość 40-80 km. Najwyższym szczytem jest Urugudjejewskij Golec (2758 m) w paśmie Changarulskim. Chamar-Daban składa się z wielu pasm, spośród których najpopularniejsze są rejony jednego z wyższych szczytów Chan-Uła (2371 m), która pozostała jedynie w zasięgu naszego wzroku.

Przemieściliśmy się do Sljudjanki, niewielkiej miejscowości nad Bajkałem. Tu pierwszy raz niektórzy z nas zobaczyli to największe na świecie jezioro i poczuli jego zapach.

Dwa dni wędrowaliśmy doliną potoku Sljudjanka - wzdłuż i jakoś dziwnie często w poprzek jej koryta. Dotarliśmy pod Pik Czerskiego, tu rozbiliśmy namioty... Na czas dłuższy... Bowiem rankiem następnego dnia warunki pogodowe zatrzymały nas w namiotach. "Priszioł tuman i doszcz". Następnego ranka to samo, następnego znów to samo i następnego także. Cztery dni mgły i siąpliwego deszczu spędziliśmy na wylegiwaniu się w ciepłych śpiworach (odreagowywaliśmy szok czasowy - między Polską a Irkuckiem jest 7 godzin różnicy), wędzeniu się przy nieustannie podtrzymywanym ogniu limbowym, oraz na spacerkach po najbliższej okolicy. Klimat bardzo syberyjski. Przepiękna tajga limbowa, w poszyciu dorodne, kolorowe, mięciuśkie mchy, karłowaty rododendron i brzózka, żółto-czerwono-zielone liście bergenii... Romantyczny wodospadzik i lodowaty strumyczek. Dookoła nas zbocza gór ale jedynie w naszej wyobraźni. Między drzewami snuje się mgła, wciąż się wydaje, że za moment wyłoni się niedźwiedź lub co gorsza rosomak. Dookoła biegały śliczne pasiaste burunduczki i rude szczekuszki, które bardziej słyszeliśmy niż widzieliśmy.

Rafał każdego dnia tak zmieniał trasę, że zawsze udawało się wygospodarować dzień lub dwa zapasu (!!!). Czwartego dnia po południu nastąpiła odmiana w warunkach klimatycznych. Nastała niesamowita cisza. Przestało padać, mgły i chmury zaczęły się przemieszczać, odsłaniając okolicę. Baliśmy się cieszyć ze słońca i widoków, ale wszystko wskazywało na to, że okres oczekiwania na pogodę w obozie nr 2 pod Pikiem Czerskiego zakończył się. Jutro "atak szczytowy".

O słonecznym poranku szybko wbiliśmy się na grań. Pik Czerskiego liczy sobie 2090 m, partia szczytowa składa się z golców (kamienie i głazy), na samym szczycie triangul obwieszony powiewającymi szmatkami i sznurowadłami (był też kasownik autobusowy, chyba weszliśmy tu na gapę) oraz krzyż z modlitwą "Ojcze nasz" po rosyjsku. Panorama rozciąga się na przeogromną część Chamar-Daban oraz na Bajkał - jak słusznie napisano w rosyjskim przewodniku: "uwidiec Bajkał i umieriec".

Od tej pory zaczęła się nasza prawdziwa przygoda z górami. Podmokłą ścieżką podmokłej doliny potoku Podkomarnaja z pięknymi choć niewielkimi wodospadami, dochodzimy do malowniczo położonego Czortowego jeziorka przy przełęczy Czortowyje Worota, ok. 1740 m. To były rzeczywiście nasze "czarcie wrota" w Chamar-Daban. Od tego momentu porzucamy ścieżkę i wybieramy grzbiet porośnięty mchami i białymi goryczkami, szczęśliwi zachwycamy się widokami dookoła, nieświadomi następnych dni... Docieramy do Piku Czekanowskiego o wysokości 2068 m. Dookoła góry, góry, góry i Bajkał... A gdzieś za ostatnim południowym wałem Mongolia.

Rozbijamy się na trawiastej przełączce, chroniąc przed chłodnym wiatrem w kosówce. Zresztą kosówka limbowa doskonale się pali, więc jesteśmy dodatkowo od niej zależni. Każdy z nas jest zachwycony Chamar-Dabanem, pogodą, tym, że Rafi wybrał tak fantastyczną i widokową trasę grzbietami, że warto było zmarnować te 4 dni deszczu (dzięki czemu zmieniliśmy trasę), by teraz pławić się w słoneczku w samym sercu "morza gór". To nic, że Rosjanie przechodzą Czortowyje Worota i spadają w dolinę, frajerzy, nie wiedzą co tracą.

Myśląc tak nie byliśmy zupełnie świadomi tego, że następny dzień szykował nam nie lada atrakcje, których NIGDY nie zapomnimy! Początkowo zachwyceni gorącym słonkiem, roznegliżowani idziemy dalej chłonąc widoki. Och! Zaczyna się grań... grań, która powoli się zaostrza... Od strony północnej podcięte kamieniste zbocze, od południa wysoka i silna kosówa. Przed nami liczne kopki - czeka nas przebijanie się góra-dół-góra-dół-góra-dół... A nie, fajnie, ścieżka prowadzi nas schodząc z grzbietu w trawersik. Pewnie! Komu się chce tak skakać z ciężkim plecakiem po niezbyt wzbudzającej zaufanie golcowo-kosówkowej grani. W końcu sami nie wiemy jak prowadziła ścieżka, zarówno tam na grani jak i tu na trawersie, urwała się.

W Chamar-Dabanie, w grzbietowych partiach gór występują często ścieżki zwierząt. Na ogół omijają one grań, by lekko trawersować szczyt. Często prowadzą w dolinę do wodopoju. Jednak ścieżki te gubią się, odnajdują i znów gubią.

Rafał z Zibim szli z przodu "przecierając" szlak. Najpierw wybierali jakiś charakterystyczny punkt w niedalekiej odległości, np. załom skalny, głaz lub kępa kosówy. Potem idąc kierowali się nań, przez trawiaste, bardzo strome zbocza (kąt nachylenia niemal 90 stopni), walcząc z kępami kosówki, wspinając po skałach, raz wchodząc wyżej, raz znów tracąc wysokość. Wszystko to odbywało się na słonecznym południowym zboczu, osłoniętym od wiatru, skwarnym, bezwodnym... Zaczynamy zdecydowanie słabnąć. Stopy mamy poodbijane od lewoskrętnego trawersu, nogi pocięte od skał i cholernie upierdliwej, twardej kosówy. Kosówy już nie po kolana, lecz po pas lub po głowę, bardzo grubej i opornej.

Kosodrzewina limbowa, czyli "kiedrowyj stłanik", występuje do wysokości ok. 1700 m, a rozmiarami sięga nawet 2 metrów. Tempo marszu w stłaniku szacuje się na 0,5 km/h. Szyszki stanowią bogaty pokarm dla zwierząt i "łakomstwo" dla ludzi. Stłanik podtrzymuje stok, zapobiega jego rozmyciu przez deszcze i osypowi golców.

Życie ratowały nam ogromne jagody, które jako tako zaspokajały głód, niestety nie pragnienie. Po niemal 5-cio godzinnej walce na zboczu, przedzierając się przez odgałęzienia niezliczonej ilości kop, dotarliśmy na przełęcz. Tam odpadliśmy w cieniu. Po posiłku nie mieliśmy już siły na pokonanie kolejnej kopy. Wczołgiwaliśmy się żółwim tempem, odpoczywając co chwila i szukając cienia. Wody mamy już tylko po łyku. Nagle Zibi rzuca plecak, chwyta baniak na wodę i leci w dół. W dół??? Kto ma siłę tracić wysokość? Zocha pomknęła za nim. Po 40 minutach wrócili - teraz można się nawet oblać wodą! W końcu dotarliśmy na przełęcz, na której zalegliśmy na nocleg. Było to miejsce, na którym pierwotnie mieliśmy dotrzeć na obiad. Zajęło nam to cały dzień. Niby wykończeni, ale siedzieliśmy do późnej nocy pod rozgwieżdżonym niebem, przy pachnącym ognisku, z setną herbatą w kubku i podziwialiśmy zarysy gór no i Bajkał. Zastanawialiśmy się czy równie czarci dzień czeka nas jutro, jaki odcinek będziemy w stanie przejść, czy znów w planowane miejsce obiadu dojdziemy późnym wieczorem? Jutro musimy już zejść w dolinę. Jutro... Kolejny skwarny dzień, kolejny grzbiet i ostre zejście w dół. Szliśmy znów przecierając drogę, znów przebijając przez kosówkę, znów po stromym trawiastym zboczu. Schodzimy do kotła ślizgając się po liściach, osuwając po kamieniach, wpadając w krzaki, zatrzymując na gałęziach. Staramy się nie myśleć o zgłodniałych kleszczach czekających na świeżą krew, tymczasem gryzą nas paskudne muchy. Założyliśmy moskitiery, żeby chociaż nie chodziły nam po twarzach. W końcu znaleźliśmy się w pięknym kotle, żegnając się z "naszą" granią. No, teraz luz, dolinką byle do wody. Tajga przepiękna - limby obwieszone jasnymi "włosami" w postaci brodaczek, trawy, paprocie, pachnące liście, dzikie porzeczki i jeszcze ciepłe legowiska niedźwiedzi. Na skraju ostrego zalesionego zbocza usłyszeliśmy potok! Zachwyceni i głodni schodziliśmy, schodziliśmy, schodziliśmy, aż zachwyt minął i przyszło kolejne osłabienie. Takiej tajgi jeszcze nie widziałam - bardzo, bardzo gęstej, pełnej połamanych drzew i krzewów, trudnej do przedzierania się, co chwila się przewracaliśmy, nachylenie stoku miało znów prawie 90 stopni. 50 minut zajęło nam dojście do wody (strumień Mangutaj). Niby niewiele, a dla nas była to wieczność. Po posiłku długo szukaliśmy miejsca na namioty. Nic, wciąż krzaki. Zibi zbierał wszystkie kleszcze z okolicy, obsiadło go 5 sztuk na raz. Ogromne czerwone i te zwykłe malutkie, czarne. Dzięki niemu nikt już nic nie złapał.

Kleszcz stanowi bardzo poważne zagrożenie dla ludzi i zwierząt. Nad Bajkałem nie ma rejonu, w którym by nie występował, a specjaliści jednogłośnie oceniają góry Chamar-Daban jako najbardziej niebezpieczną okolicę. Możliwość ukąszenia jest tu największa. A wiadomo, kleszcz przenosi wirus zapalenia opon mózgowych. Trzeba także uważać na zwierzęta, które ukąszone przez kleszcza mogą także zarażać (np. mleko kozy...).

Przekroczyliśmy potok o głębokości powyżej kolan i dopiero ok. 22-giej, szukając zaginionej ścieżki, Rafał przypadkowo znalazł coś, na czym można postawić 3 namioty. Na zboczu, między powalonymi pniami limb. Byliśmy w dolinie rzeki Bezimiennaja. Jutro dotrzemy do wioski Mangutaj i wskoczymy do Bajkału. Trzeba tylko się nieco rozebrać i przejść po uda 15-to metrowej szerokości koryto lodowatej rzeki.

Niemal dobę zajęła nam podróż do Ułan-Ude, stolicy Buriacji. Środek transportu bardzo przyjemny - przestronna "elektriczka", w której przez węzeł komunikacyjny oprócz zapowiedzi jaka będzie najbliższa stacja i ostrzeganiu o zamykaniu się drzwi, pani uprzejmym głosem przypomina o zabraniu swego bagażu, o tym by ustępować miejsca inwalidom i weteranom wojny, a na końcowej stacji życzy miłego dnia. Jedziemy słynną "krugobajkałką", mając za oknem Bajkał. Niestety mankamentem jest to, że elektriczki kompletnie nie są ze sobą skomunikowane. Musimy przesiąść się w Babuszkinie i tu spędzić upojne pół nocy chyba w samym gnieździe komarów (spania w kapeluszu z moskitierą nie polecam). O świcie jesteśmy już nad rozlaną Selengą, wokół jakby więcej mongoloidalnych twarzy.

30 km od Ułan-Ude znajduje się Iwołgińskij Dacan, klasztor buddyjski, jednocześnie centrum buddyzmu w Rosji i siedziba zwierzchnika lamaizmu rosyjskiego - Chambo-lamy. Zwiedzamy dacan obchodząc wszystko, co dla buddystów święte z lewej strony (zgodnie z kierunkiem ruchu słońca). Wielkie młyny modlitewne z mantrami w językach tybetańskim, sanskryckim i staromongolskim, białe stupy ze złotymi iglicami, także w świątyni obowiązuje nas ten sam kierunek. Wielki posąg złotego Buddy wykonującego gest opieki nad całą ziemią, mniejsze figury innych buddów i bodhisattwów, złote, żółte, czerwone, jest także zielona bogini Tara, symbol mądrości. Na pustym tronie duże zdjęcie Dalaj-lamy, który kilka lat temu odwiedził klasztor. Na ołtarzu palą się lampki, leżą charakterystyczne buddyjskie książki pozawijane w kolorową tkaninę, obok czerwone bębny z taoistycznym znakiem jin-jang wyrażającym przenikanie się przeciwieństw we wszechświecie. Dacan jest piękny, choć odczuwa się brak funduszy na jego utrzymanie.

W Ułan-Ude naszym celem było przede wszystkim zobaczenie słynnej głowy Lenina o wysokości 5 metrów. Warto było. Teraz możemy spokojnie znów wrócić w Chamar-Daban. Stopy i kolana nam odpoczęły, my także odreagowaliśmy. Każdy potrzebował jakiejś odmiany, a Budda skierował nas do Iwołgińskiego Dacanu.

Chamar-Daban przyciąga - znów wracamy na kilka dni w góry, lecz teraz w nieco inną partię - golce. Dotarliśmy do przepięknego kotła pod Pikiem Porożystym i tu rozbiliśmy namioty (ok. 1400 m). Akurat minęła burza i chmury gdzieś się porozchodziły. Pik Porożystyj o wysokości 2025 m jest fantastyczną górą. Szczyt jest cały w poszarpanych, ostro podciętych skałach porośniętych kosówką. Na szczycie różowa flaga z Leninem i kilka rubli. Widoki zachwycające, respekt wzbudza groźnie wyglądająca, sąsiadująca z Porożystym, Babcha (2061 m). Z drugiej strony przepiękny Bajkał niestety z widoczną fabryką celulozy w Bajkalsku.

Następnego dnia zrobiliśmy przepiękną wycieczkę na grań "naszego" kotła. Trochę było kombinowania z wejściem na skalisty, podcięty grzbiet. W dole piękne jeziorka, obok zimna Babcha. Zajadając jagody i orzeszki z szyszek limbowej kosówki znów dane nam było przeżyć namiastkę naszej walki sprzed kilku dni. Lewoskrętny trawers, omijanie ścianek skalnych, przedzieranie przez kosówkę. Tym razem bez plecaków i z łezką smutku - to nasze ostatnie chwile w Chamar-Daban...

"OLCHON - wyspa słońca! Olchońskie lato jest suche i słoneczne!" - tak reklamują mapy i przewodniki. Wyspa położona jest w środkowej części Bajkału, od lądu oddzielona tzw. Małym Morzem. Nazwa pochodzi od buriackiego oj-chon - "mało zalesiony". Rzeczywiście wyspa ma zdecydowanie charakter stepowy, także i górski. Najwyższe wzniesienie Żima liczy sobie 1274 m. Brzegi często klifowe, kamieniste lub piaszczyste. Linia brzegowa jest bardzo nieregularna, gdyż występują tu liczne zatoczki i skaliste przylądki.

Historia wyspy zawiera wiele tajemnic. Ponad tysiąc lat temu mieszkali tu Kurykanie - (przodkowie Buriatów), po których teraz pozostało wiele niewyjaśnionych zabytków. Na niektórych brzegach skalistych przylądków odnajdujemy ślady murów, których przeznaczenia do tej pory jednoznacznie nie ustalono. Prawdopodobnie były to miejsca kultu, mury mogły chronić przed złymi duchami. Dwa stulecia temu, kiedy na lądzie stałym szerzył się buddyzm, Olchon stał się centrum północnoazjatyckiego szamanizmu. Na przylądku Burchan znajduje się słynna wapienna Skała Szamana. To właśnie tu odbywały się najważniejsze ceremonie, tu przychodziły pielgrzymki, kobietom, jako osobom nieczystym, nie wolno było się tu pojawiać.

Olchon jest przepiękną wyspą. W słońcu wygląda rzeczywiście zachwycająco. Niestety przywitał nas deszczem typu "opad ciągły". Na drugi dzień przestało padać, ale prawdziwy czar tego zakątka odkryliśmy, gdy po dwóch dniach zaświeciło słońce. Turkusowy Bajkał, białe skały klifów z czerwonymi i żółtymi porostami, a na lądzie zielony step z niezliczoną ilością różnych fajnych traw, kolorowych kwiatów i mchów. Robiliśmy bukiety z orlików i maków górskich, rozbijaliśmy namioty w szarotkach... Dziewczęta obwieszały plecaki przepięknymi bukietami, niektórzy nawet podjęli się polityki eksploatacyjnej, brutalnie wycinając nożami rozchodniki, by je w Polsce hodować w doniczkach. Wzbogaciliśmy się także o przekolorowe kamyczki, podśmiardującą gąbkę bajkalską, której nawet bardzo okazałe fragmenty fale wyrzuciły na brzeg (do wglądu u Magdy i Maćka). Zbieractwo osiągnęło swe apogeum, gdy Maryla zapakowała do plecaka ogromną, doskonale (bo przez naturę) wyprawioną, nieskazitelnie białą czaszkę krowy (żal tylko, że bez dolnej żuchwy), a Zofia dokonała połowu skorupiaków.

Bajkał bowiem zamieszkują w 80% endemity. Oprócz słynnego omula i chariusa (przepyszne ryby), są tu także specyficzne skorupiaki oczyszczające dno i wody jeziora. Zosia, jako przykładny oceanograf, codziennie zarzucała specjalnie na tę okazję uszytą pułapkę. Dzięki niej mogliśmy poznać choć drobną część mieszkańców Bajkału. Kolorowe, nakrapiane i pasiaste (nawet czułki miały w paseczki) obunogi, bokopławy, amphipody - jak je Zosia zdefiniowała.

Bogaci w przemiłe wspomnienia, widoki i przeżycia, zaopatrzeni w "pamiątki prirody" mogliśmy już spokojnie wracać do domu.Dopiero teraz dociera do mnie gdzie byłam i co widziałam. Kiedy bawię się z dzieckiem nad morzem, mam wrażenie, że słyszę jak szumi Bajkał, a gdy czytam Małej "Lokomotywę" Tuwima, to widzę "krugobajkałkę".

Chciałabym podziękować Maciejowi i Rafałowi za przygotowanie tak fajnego wyjazdu (choć miał wyglądać zupełnie inaczej) i wszystkim uczestnikom za to, że się nawzajem dogadywaliśmy.

Beata Jankowska